Jeśli masz 25, 30 czy 35 lat, regularnie odkładasz pieniądze i inwestujesz z myślą o kolejnych kilkunastu albo kilkudziesięciu latach, odpowiedź wydaje się prosta: akcje. Historycznie to właśnie one dawały inwestorom najwyższe stopy zwrotu w długim terminie. Do tego dzisiaj kupienie całego światowego rynku zajmuje dosłownie kilka minut. Jeden ETF, niskie koszty i temat w dużej mierze zamknięty. Po co więc młodemu inwestorowi obligacje?
Pytanie robi się jeszcze bardziej zasadne, kiedy giełda rośnie. Gdy indeksy regularnie ustanawiają nowe szczyty, obligacje wyglądają trochę jak pieniądze pozostawione na ławce rezerwowych. Zamiast kilku czy kilkunastu procent na akcjach dostajemy z góry określone oprocentowanie i właściwie tyle.
Tylko że portfel inwestycyjny nie istnieje wyłącznie po to, żeby wycisnąć z każdej złotówki maksymalną możliwą stopę zwrotu.
Nie wszystkie pieniądze mają ten sam termin przydatności
Największym argumentem za wysokim udziałem akcji u młodych osób jest czas.
Jeśli inwestujesz pieniądze, których nie zamierzasz ruszać przez 20 czy 30 lat, krótkoterminowy spadek giełdy nie powinien być wielkim problemem. Nawet bardzo głęboka przecena daje wtedy sporo czasu na odbudowę wartości portfela.
Problem zaczyna się w momencie, gdy część tych pieniędzy może być potrzebna wcześniej.
Wkład własny na mieszkanie za kilka lat, większy remont, samochód, własna firma albo po prostu poduszka finansowa nie powinny zależeć od tego, czy akurat trafimy na dobry moment na giełdzie.
Rynek nie pyta, kiedy będziemy potrzebowali pieniędzy.
Możemy więc jednocześnie mieć bardzo długi horyzont inwestycyjny i konkretne wydatki zaplanowane na znacznie bliższą przyszłość. W takim przypadku wrzucenie całego kapitału w akcje nie musi być przejawem odwagi. Czasem jest po prostu niedopasowaniem aktywów do celu.
Co więcej, łatwo przecenić własną odporność na spadki, kiedy przez dłuższy czas obserwujemy głównie wzrosty. Deklaracja, że „wytrzymam minus 40%”, brzmi zupełnie inaczej, gdy taki spadek rzeczywiście pojawia się na rachunku, a razem z nim nagłówki o kryzysie, recesji i kolejnych problemach na rynku. Obligacje mogą więc pełnić także bardzo praktyczną funkcję: ograniczać skalę wahań całego portfela.
Obligacje dają coś, czego akcje dać nie mogą
Nie chodzi nawet o to, że obligacje skarbowe są „bezpieczniejsze”, bo samo słowo bezpieczeństwo w inwestowaniu bywa nadużywane.
Ich największą zaletą jest przewidywalność.
Kupując akcje albo ETF, nie wiemy, ile będą warte za dwa lata. Mogą być warte o 30% więcej. Mogą też być warte o 30% mniej.
W przypadku detalicznych obligacji skarbowych zasady gry znamy dużo wcześniej. Wiemy, jak naliczane są odsetki, kiedy następuje ich wypłata lub kapitalizacja i jakie warunki obowiązują przy wcześniejszym wykupie.
To sprawia, że obligacje mogą pełnić w portfelu zupełnie inną funkcję niż akcje.
Nie muszą z nimi konkurować.
Problem zaczyna się, gdy porównujemy tylko oprocentowanie
Na pierwszy rzut oka obligacje są banalnie proste. Jedna seria daje X procent, druga Y procent, więc wybieramy wyższe Y.
W praktyce nie zawsze tak to działa.
Część obligacji ma oprocentowanie stałe, część zmienne, inne po pierwszym roku zaczynają zależeć od inflacji. Dochodzi kapitalizacja odsetek, długość inwestycji i opłata za wcześniejszy wykup.
Dlatego dwie obligacje z podobnie wyglądającym oprocentowaniem mogą dać zupełnie inny wynik po kilku latach. Samo porównanie aktualnej tabeli oprocentowania mówi więc znacznie mniej, niż mogłoby się wydawać.
Warto policzyć kilka wariantów dla własnej kwoty i zakładanego czasu inwestycji. Można zrobić to w zwykłym arkuszu, skorzystać z gotowych kalkulatorów albo porównać serie na zyskzobligacji.pl. Najważniejsze jest uwzględnienie całego okresu trzymania obligacji, a nie tylko stawki obowiązującej w momencie zakupu.
Ma to znaczenie szczególnie wtedy, gdy nie zakładamy trzymania obligacji aż do terminu wykupu. W takim scenariuszu różnice pomiędzy poszczególnymi seriami potrafią wyglądać inaczej niż na pierwszy rzut oka.
A może młody inwestor rzeczywiście nie potrzebuje obligacji?
To też jest możliwe.
Jeśli ktoś ma stabilne dochody, dużą poduszkę finansową, żadnych większych wydatków na horyzoncie i naprawdę inwestuje na 20 czy 30 lat, portfel oparty niemal wyłącznie na akcjach może być całkowicie racjonalny.
Nie istnieje zasada mówiąca, że każdy inwestor musi mieć 10, 20 czy 40 procent obligacji.
Wiek sam w sobie też niewiele rozstrzyga.
Dwóch trzydziestolatków może mieć dokładnie ten sam horyzont emerytalny, ale zupełnie inne potrzeby finansowe przez najbliższe pięć lat.
Dlatego ciekawsze od pytania „ile obligacji powinien mieć młody inwestor?” jest inne:
Której części swoich pieniędzy nie chcę wystawiać na ryzyko, że akurat wtedy, gdy będę ich potrzebował, giełda będzie 30% niżej?
I właśnie dla tej części portfela obligacje zaczynają mieć sens.
Nawet wtedy, gdy giełda rośnie.


